Kolejnym po Stanisławie Ujejskim właścicielem dóbr Leszczków był…

właściciel Leszczkowa w 1644 – Wojciech Ujejski herbu Drużyna z Rupniewa

Herb Drużyna bez krzyża

Herb Drużyna bez krzyża

Wojciech był synem lub bratem Stanisława. W roku 1644 pojął za żonę Katarzynę Oświęcim z Kunowy, córkę Floriana Oświęcima i Reginy Śląskiej z Karlic. Ze związku Wojciecha i Katarzyny urodziło się na pewno czworo lub pięcioro dzieci – Stanisław, Florian, Adam i Zofia Marianna (w niektórych źródłach opisywane jako dwie oddzielne osoby). Z przekazów jakie pozostawił po sobie brat Katarzyny Stanisław Oświęcim (1600-1657) marszałek dworu hetmana Stanisława Koniecpolskiego, dworzanin JKM, łowczy sanocki, w swoim Dyariuszu,  Wojciech z Katarzyną zamieszkiwali Leszczków i tu też wzięli w 1644 roku ślub.

 Najwyższą funkcją jaką pastował Wojciech to zastępca Starosty Grodzkiego Krakowskiego. Po jego śmierci Katarzyna wyszła ponownie za mąż. Jej wybrankiem był Wojciech (Albert) Woynarowski.

spacer

O Leszczkowie niezawodny Józef Myjak

Na chwilę przed opublikowaniem przeze mnie informacji o kolejnym właścicielu Leszczkowa – ukazały się Wieści Lipnickie a w nich obszerna informacja o Leszczkowie, również w kontekście historycznym. Serdecznie polecam!

spacer

Czy Jan Kochanowski z Czarnolasu bywał w Leszczkowie?

Choć na to pytanie nie mam jeszcze jednoznacznej odpowiedzi to poszlaki odkryte niedawno przeze mnie mogą na to wskazywać. Mogło się tak dziać za sprawą jednego z właścicieli Leszczkowa, mieszkającego w nim, Stanisława Domarata (lub Domarada). Historia tego możnowładcy skojarzona z Leszczkowem została opisana poniżej. Uzupełniłem również o kolejne nazwisko spis właścicieli dóbr leszczkowskich dostępny tutaj.

właściciel Leszczkowa od ok 1542 do ok 1546 – Stanisław Domarat z Leszczkowa herbu Grzymała lub Oksza

  Herb Oksza wg Seweryna Oruskiego

Herb Grzymała wg Adama Bonieckiego

Stanisław Domarat z Leszczkowa wg Herbarza Adama Bonieckiego posiadał herb Grzymała natomiast wg Herbarza Seweryna Oruskiego posiadał herb Oksza. 

Wg różnych źródeł, głównie akt sądowych, pisał się z Leszczkowa a więc zamieszkiwał tą miejscowość. W roku 1532 był poborcą podatkowym w powiatach lelowskim i książskim (za Oruskim). W 1542-1546 (daty dla których potwierdziłem dokumenty) był wybierany na stanowisko podsędka. Stanowisko to obsadzane było przez szlachtę, która to wybierała składy sędziowskie spośród siebie a król dodatkowo je zatwierdzał. Oprócz podsędka w składzie sędziowskim znajdował się sędzia i pisarz ziemski. Jako zastępca sędziego, Stanisława spotykamy na pewno w latach 1542-1546. W tym okresie sędzią wchodzącym w skład sądu był Piotr Kochanowski z Sycyny, prywatnie ojciec Jana Kochanowskiego. Przypuszczalnie nasz Stanisław znał całą dużą rodzinę Piotra gdyż orzekał z nim pod koniec jego życia jako jego najbliższy współpracownik. Piotr Kochanowski w 1542 został powołany na sędziego ziemskiego sandomierskiego. Zmarł w 1547.

Oprócz Leszczkowa Stanisław Domarat władał również Żółczycami. Informacje na ten temat możemy znaleźć m.in. w Aktach Radomskich zwanych Inscriptionum et Decretorum jak również Archiwum Sanguszków.

 JB

spacer

Nowi, najstarsi właściciele Leszczkowa i inne „wykopaliska”

Intensywne poszukiwania kolejnych właścicieli dóbr leszczkowskich przyniosły nadspodziewany rezultat. Otóż w Księgach Ziemskich Krakowskich udało się odnaleźć ślady dwóch, a może nawet trzech kolejnych właścicieli Leszczkowa. I tak na przełomie wieku XIV i XV Leszczków znajdował się w rękach rodu Starzów herbu Sulima z Pleszowa czyli Imbrama a później jego syna Jana. Szczegóły możecie przeczytać w zaktualizowanym artykule Leszczków – właściciele cz. 1

To jednak jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że jednym z kolejnych dziedziców leszczkowskich był również Wojciech Ujejski, syn lub brat opisywanego już wcześniej przeze mnie Stanisława. Z rodziną żony Wojciecha wiąże się piękna, romantyczna historia, którą niebawem postaram się opowiedzieć. A poniżej jako jej namiastka ojciec żony Wojciecha (nazwisk nie będę jeszcze zdradzał).

A na koniec jeszcze jedno odkrycie. Czy wiecie kto to był Stanisław Domarat z Leszczkowa i co go wiąże z rodziną Kochanowskich? Już niebawem opowiem. Cierpliwości!

spacer

Fabryka przetworów owocowych i warzywnych w Leszczkowie

Fabryka przetworów owocowych i warzywnych w LeszczkowieOprócz mieszkańców i badaczy lokalnej historii niewiele osób wie, że w Leszczkowie był ongiś dwór zamieszkiwany przez właścicieli tutejszych ziem. Czas zaciera ślady nie tylko w miejscu jego posadowienia, ale również w ludzkiej pamięci. Początkiem XX wieku Leszczków znajdował się w rękach rodziny Mikułowskich-Pomorskich. Stanisław, dziedzic majątku, gospodarował nim z wielkim rozmachem. W 1904 roku wybudował fabrykę, w której to przetwarzał płody leszczkowskiej ziemi wyrabiając z nich przetwory owocowo-warzywne. 

Stanisław Mikułowski-Pomorski

Początki przedsiębiorstwa nie były zbyt udane. Mikułowski-Pomorski nie posiadał ani stosownego do jego prowadzenia wykształcenia ani tym bardziej doświadczenia w branży. W związku z powyższym wynajął jeszcze w 1903 roku niejakiego Karela Sousedika, czeskiego „eksperta” od przetwórstwa owocowo-warzywnego, powierzając mu rolę dyrektora fabryki. Sousedek, osiedlił się początkowo sam w Leszczkowie a następnie ściągnął z Limanowej, mieszkających tam u rodziców żonę i syna. Nowy dyrektor to dość zagadkowa postać. Doświadczenie zdobywał jako piwowar w browarze swojego teścia, Albina Kollorosa w Skawinie a następnie już jako dyrektor w fabryce owoców przetworzonych w Trebenice w Czechach. Z niejasnych powodów stracił tam pracę i po kilku małych epizodach zawodowych został zatrudniony przez Mikułowskiego-Pomorskiego. Nie był to najszczęśliwszy zbieg okoliczności. Być może, gdyby dziedzic mocniej sprawdziłby referencje nowego dyrektora nie zdecydowałby się na jego zatrudnienie. Sousedik okazał się oszustem i w krótkim okresie czasu (1rok) doprowadził majątek do skraju bankructwa. Stało się zatem rzeczą jasną, że musi opuścić Leszczków i w 1905 roku przenosi sie do Warszawy. Jego syn Stanisław wspomina jednak lata dzieciństwa spędzone w Leszczkowie bardzo pozytywnie. Chodził tu do lipnickiej szkoły, o poznanych członkach rodziny Pomorskich wyrażał się bardzo pozytywnie. W książce opisującej m.in. czasy leszczkowskie jego życia („Svět ve kterém jsem žil”) inaczej jednak przedstawia powód nagłego opuszczenia majątku przez swoją rodzinę. Otóż uważa, że jego tato był zbyt ambitny, żeby pracować w niewielkiej fabryce na prowincji. Znalazł pracę w większej, na przedmieściach Warszawy i wówczas opuścił Leszczków. Decyzję miała rzekomo przyspieszyć nieobecność hrabiego Stanisława w majątku, spowodowana strachem przed zaciągnięciem go do wojska w związku z trwającą wojną rosyjsko-japońską.

Karel i Marie Sousedikowie

 

Ile w tym prawdy do końca nie wiadomo, pewnym jednak jest, że młody Mikułowski-Pomorski trafił do Brunszwika w Niemczech, gdzie postanowił zażyć nauki, tym razem w kierunku tego czym chciał się zajmować. W 1905 roku otrzymał tytuł technika konserw w szkole konserwowania a następnie zdobył dyplom technika mleczarstwa w szkole mleczarskiej. W 1906 roku ukończył też Szkołę Handlową dr Brahmera i rozpoczął pracę jako asystent w stacji doświadczalnej przemysłu konserwowego w Brunszwiku. W 1907 roku powrócił do kraju by tym razem już samodzielnie kontynuować rozwój podupadającej wówczas fabryki. 

Po powrocie hrabia Stanisław rozpoczął intensywnie gospodarzyć majątkiem. Wiedząc już znacznie więcej o zarządzaniu fabryką skupił się na jej rozwoju. Zatrudnienie znajdowało w niej w zależności od sezonu od 5 do nawet 30 osób. Mikułowski-Pomorski założył wielki sad, z którego owoców wytwarzane były soki, powidła, konfitury, kompoty. Owoce były też suszone. Zbierane i przetwarzane były również warzywa. Nasz bohater celował szczególnie w szparagach, groszku, fasoli i pomidorach. Ciekawym produktem, który aktualnie prawie nie występuje były suszone ziemniaki. Założył też hodowlę karpia powiększając wciąż ilość stawów hodowlanych aż do kilkunastu (ślady po tych działaniach są widoczne do dzisiaj) 

Stanisław w młodości studiował dwa kierunki w Rydze – medycynę a następnie maszynoznawstwo na politechnice. Nigdy studiów nie ukończył, ale dzięki bytności w tym mieście nawiązał szereg kontaktów, które umożliwiały mu później realizację kontraktów biznesowych. I tak z Rygi sprowadzał m.in. puszki w których umieszczał wytwarzane w fabryce przetwory. Opakowania szklane, w tym butelki, pochodziły natomiast aż z Paryża. Roczny obrót fabryki wynosił około 50tys rubli (w przeliczeniu na współczesne złotówki to ponad 1 mln złotych). O podobnej wartości był również kapitał zakładowy fabryki.

W 1909 roku Mikułowski-Pomorski wziął udział w organizowanej z wielkim rozmachem Wystawie Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie. Wystawa ta była największą tego typu imprezą organizowaną na ziemiach polskich przed I Wojną Światową. Co prawda żadnej nagrody na niej nie zdobył, ale już nie lada wyróżnieniem dla jego fabryki była możliwość wystawienia się w Pawilonie Głównym, najbardziej reprezentacyjnym budynku wystawy, w którym  to wystawiali się najwięksi przedsiębiorcy branży przemysłowej z terenu Królestwa Polskiego i zagranicy.

Wystawa Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie – PAWILON GŁÓWNY

Jednym z ostatnich opisów fabryki na jaki można natrafić, jest opis wykonany przez samego Stanisława Mikułowskiego-Pomorskiego, który relacjonuje zniszczenia okolicy Leszczkowa po zakończeniu bitwy nad Opatówką 1-3 listopada 1914 roku. Budynki fabryki jak i całe zabudowania dworskie ucierpiały wówczas znacznie. Fabryka jednak została odbudowana i rozpoczęła działanie już po zakończeniu walk. Definitywnie zakończył jej historię pożar. Krótko po nim zmarł również hrabia Stanisław (1924) a majątek przeszedł w ręce jego żony.

Stanisław został pochowany na cmentarzu parafialnym w Malicach Kościelnych.

Nagrobek Stanisława Mikułowskiego-Pomorskiego w Malicach Koscielnych

 

spacer

Historia Leszczkowa – próba podsumowania

Genealogia, którą zajmuję się od kilku lat nie jest tylko zwykłym budowaniem drzewa genealogicznego. Oczywiście każdy kto rozpoczyna przygodę z nią ściga się sam ze sobą w ilości kolejnych osób, które może do niego dopisać. Prawdziwa jednak przygoda zaczyna się wówczas kiedy stawiamy sobie pytania KIM byli moi przodkowie, JAK i i GDZIE żyli? I tu próba mojego zmierzenia się z tematem. Połowa mojego rodzinnego drzewa zakorzeniła się w okolicach Opatowa. W małej miejscowości Leszczków od lat mieszkali moi dziadowie, ich krewni i znajomi. W większości przypadków byli to chłopi, których świat był kształtowany przez pory roku i Pana, który administrował tymi dobrami ziemskimi. Postanowiłem zatem odszukać informacje na temat właścicieli dóbr leszczkowskich, zarówno tych którzy bywali tu rzadko, mieszkając niejednokrotnie bardzo odległych miejscowościach, jak również tych, którzy z Leszczkowem związali swoje codzienne życie. Zapraszam zatem do lektury pierwszej części opowieści o tym kim oni byli. 

spacer

Już tylko wspomnienia…

Lato, wakacje, zabawa, spokój, żniwa, praca, zapach, radość, rodzina, wieś. To seria skojarzeń jakie przychodzą mi na myśl w momencie gdy wypowiadam słowo Leszczków. To miejsce, gdzie jako młody człowiek spędzałem każde wakacje. To miejsce pachnące suchym sianem, macierzanką i dziurawcem. To miejsce szalonych przygód, wzruszeń, zawodów. To miejsce, które bardzo głęboko zapadło w sercu. To miejsce przemijało przez lata. To miejsce przeminęło na zawsze…

Zdjęcia wykonane przez Agnieszkę Baran, moją żonę, 15 sierpnia 2013roku w Leszczkowie

spacer

Ojczyzna! Polszczyzna? czyli jak historię krakowskich kopców nie po polsku opowiadano

Piękna, pierwsza niedziela października. Aż grzech nie ruszyć gdzieś na spacer. Gdzie? Najlepiej w miejsce gdzie historia przenika przyrodą a przyroda historią. W miejsce, do odwiedzenia, którego natchnął mnie pan redaktor Konrad Myślik, podczas zeszłotygodniowego spotkania w Archiwum Narodowym w Krakowie. Na Kopiec Kościuszki!

Kraków z Kopca

Kraków z Kopca

Chwila przygotowań i już jesteśmy, wraz z moją drugą połową, w drodze. Ruszamy. Oryginalna zabudowa Salwatora przy ulicy św. Bronisławy, mieniące się kolorami jesieni okazałe kasztanowce przy Alei Waszyngtona. I jesteśmy! Wzgórze św. Bronisławy zdobyte. Mógłbym oczywiście pisać wiele o tym co można zobaczyć w okolicy Kopca. Mógłbym, ale już na samym początku to nie jego piękno i piękno C.K. Fortu przykuło moją uwagę. Otóż w Bastionie V można oglądnąć skądinąd bardzo ciekawą wystawę pt. „Kopce Krakowskie”.

I tak na początku możemy przeczytać o Kopcu Esterki. Ten mało znany kopiec znajdował się na terenie obecnego Łobzowa i wg legend był usypany na cześć Esterki, nieprzeciętnej urody żydówki, faworyty króla Kazimierza Wielkiego. Tym razem miałem więcej czasu by uważnie przeczytać całą tablicę. Moja Pani Profesor z liceum, polonistka, byłaby ze mnie dumna. Już na pierwszy rzut oka uderzały błędy. „Kunszt” sztuki edytorskiej, typograficznej, interpunkcyjnej i ortograficznej po prostu powalał. Nigdy nie byłem w tym zakresie nazbyt wymagający, ale to co ujrzały moje oczy nie było językiem polskim. W ten sposób artykuł, w którym miałem opisywać Kopce Kościuszki, Piłsudskiego, Wandy, Kraka, Esterki i inne zmienił się w wykład na temat dobrych zwyczajów językowych.

Fragment legendy o Kraku

Fragment legendy o Kraku

  • Spacje przed znakami interpunkcyjnymi

To jeden z podstawowych błędów przy amatorskim składzie tekstu. Błędem w tym przypadku jest zarówno stawianie podwójnej spacji pomiędzy wyrazami, jak też oddzielanie spacją znaku interpunkcyjnego i wyrazu znajdującego się bezpośrednio przed nim. Część edytorów tekstów wyłapuje tego typu nieprawidłowości i wskazuje jako błąd. Dokładniej można poczytać na ten temat w artykule znajdującym się TUTAJ.

  • Dywizy, pauzy i półpauzy

Możemy je pisać aż na trzy sposoby. 1) wyraz – wyraz 2) wyraz-wyraz 3) wyraz- wyraz Trzeci spośród wymienionych sposobów używamy niezwykle rzadko. Stosuje się go w wyrażeniach typu „dwu-, trzy- lub czteroliterowy”

  • Sieroty

Nie jest to co prawda błąd ortograficzny a bardziej typograficzny, ale tak czy inaczej pokazuje niechlujność piszącego. Polega na pozostawianiu na końcu wiersza samotnych spójników lub przyimków takich jak: i, a, o, u, w, z. Dopuszcza się stosowanie tego typu zapisu jedynie w zapisie w wąskich kolumnach (np. gazety).

  • Dzielenie wyrazów

Tu objawił się prawdziwy kunszt słowotwórczy tworzącego opisy na wystawie. O ile podział pomiędzy linijkami słowa ZOST-AŁA bolał bardzo, to gdy czytałem SZCZ-ĘŚLIWEGO wyłem z bólu. Takiego podziału mógł dokonać albo bezmyślny komputer albo bezmyślny człowiek. Tak czy inaczej człowiek powinien postawić „kropkę nad i” i wyłapać takie dziwolągi. Dla tych, którzy chcą zgłębić temat – zachęcam do przeczytania poniższy artykuł.

  • ….( ….) – a co to za twór?

No właśnie, co to za twór? Z pozoru wygląda na wielokropek. W języku polskim znak interpunkcyjny zwany wielokropkiem ma trzy kropki. Można go owszem używać w nawiasie, co symbolizuje pominięty fragment tekstu, najczęściej jakiegoś cytatu. Co jednak miał na myśli autor komentowanego tekstu? To chyba pozostanie w jego pokrętnej i nieodgadnionej logice.

  • NA WSKUTEK?

Tu przyznam się – zbaraniałem… (o ile w kontekście mojego nazwiska mogło się tak stać). Czytając tekst z taka ilością błędów sami zaczynamy błędy popełniać lub w najlepszym bądź razie nie zwracać na nie uwagi. NA SKUTEK, WSKUTEK ale nie NA WSKUTEK!!! Ufff i to udało mi się zauważyć. To już nie zwykły błąd typograficzny, to błąd językowy, rażący. Słownik Języka Polskiego tak to tłumaczy.

W pewnej chwili zauważyłem, że merytoryczna zawartość tekstu odeszła na dalszy plan. Zacząłem wyszukiwać błędy, którymi teksty były naszpikowane. Bardzo szkoda, bo opowieści o kopcach wciągały, były bardzo ciekawe. Ile wycieczek szkolnych przychodzi tu czytać na temat historii naszego miasta? Ile dzieci utwierdza się w przekonaniu, że zasady pisowni nie mają większego sensu lub co gorsza nie zauważa tych błędów, a podświadomie „zasady” takiej pisowni wchodzą im w krew? Czy chciałbym moim synom pokazać tą wystawę? Z pewnością NIE!

Światowid

Światowid

Światowid został dostrzeżony w pobliżu wsi Liczkowce (…) PRZEZ DZIECI PASĄCE SIĘ (…)

A ja mam nieodparte wrażenie, że to nie dzieci się pasły a stado GĘSI. A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.

Może tym razem niewiele na temat genealogii. Nie mogłem jednak tego nie zauważyć…

http://kopieckosciuszki.pl/

spacer

II Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna w Brzegu – subiektywne reminiscencje

W dniach 11-13 września 2015 na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu odbyła się już druga z kolei Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna organizowana przez Stowarzyszenie Opolskich Genealogów. Po zeszłorocznej konferencji, informacje o jej wielkim sukcesie rozległy się szerokim echem wśród całej genealogicznej braci. Choć to zapewne bardzo miłe, na pewno nie pomogło przy organizacji tegorocznej edycji. Poprzeczka została ustawiona na bardzo wysokim poziomie. Wszyscy z wielkim zaciekawieniem śledziliśmy przygotowania. Z tyłu głowy miałem świadomość, że ta sama ekipa pod wodzą Jolanty Ilnickiej, powinna gwarantować sukces. Czy zdobędziemy „drugi Brzeg”? Jak się później okazało intuicja mnie nie zawiodła ZDOBĘDZIEMY!.

Fasada Zamku Piastów Śląskich w Brzegu

Fasada Zamku Piastów Śląskich w Brzegu

Pierwsi genealodzy zaczęli przyjeżdżać do Brzegu już w piątek. Dla części była to już kolejna wizyta na konferencji. Niektórzy znali się również z innych inicjatyw genealogicznych w tym z corocznych urodzinowych spotkań w warszawskim GENPOLu. Ci co byli po raz pierwszy od razu spostrzegli wyjątkowo ciepłą atmosferę. Szybko okazało się również, że frekwencja wymagała kontynuowania spotkania w dwóch rożnych miejscach. Integracja zatem podzieliła się pomiędzy hotelami w których nocowali uczestnicy. Jeszcze przed konferencją, na jednym z forów dyskusyjnych, w wątku związanym z konferencją, ktoś zaproponował, żeby na część nieoficjalną przywieść robione przez siebie specjały. A że wszyscy oprócz zajmowania się analizą metrykaliów śledzimy rodzinne zwyczaje, starając się uchronić je od zapomnienia, na stoły zaczęły wjeżdżać różnego rodzaju napitki/nalewki (wiśniówki, pigwowcówki, aroniówki, cytrynówki etc.) jak również ciasta, konfitury, dżemy i inne dobroci.

Mieńkówka - okolicznościowa wiśniówka przywieziona przez Andrzeja Mieńko

Mieńkówka – okolicznościowa wiśniówka przywieziona przez Andrzeja Mieńko

Za sprawą Grzegorza Mendyki, wieloletniego prezesa Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego w obydwu miejscach biorący udział w integracji po kolei się przedstawiali. Jak przystało na genealogów – każdy mówił skąd przyjechał, jaki jest kierunek jego badań i jakimi rodzinami się zajmuje. W przemiłej atmosferze upłynął dzień „0” naszej konferencji.

Sobota przywitała uczestników konferencji mgłą, która przerodziła się w piękną pogodę. Przed 10tą rozpoczęła się rejestracja. Choć było nas wiele, a ogonek kolejkowy wychodził z budynku na krużganki, szła sprawnie. Chwilę po 10 na środku pojawił się Zbigniew Nalichowski, wiceprezes Opolskich Genealogów i z właściwym sobie humorem powitał wszystkich przybyłych. FREKWENCJA DOPISAŁA! Prawie 200 zaciekawionych osób zasiadło na sali Zamku Piastów Śląskich by posłuchać zaplanowanych prelekcji. Chwile po Zbyszku prezes Jolanta Ilnicka oficjalnie otwarła konferencje – ZACZĘŁO SIĘ!!!

Mieliśmy okazję posłuchać przedstawicieli największych, najbardziej prestiżowych i najważniejszych organizacji i urzędów działających na terenie kraju a zajmujących się dziedzinami związanymi z genealogią. I tak pojawili się prelegenci z Narodowego Archiwum Cyfrowego, Archiwum Narodowego w Krakowie, Archiwum Państwowego w Łodzi, Katowicach i Opolu. Swoje prelekcje wygłosili również przedstawiciele różnych genealogicznych środowisk: Adam Pszczółkowski, Wojciech Jędraszewski. Bardzo obfity program realizowany był praktycznie bez większych zmian.

Po obiedzie zostaliśmy zaproszeni na fantastyczną niespodziankę, gdzie na dziedzińcu zamku ustawiono niewielkie działo rodem z minionych wieków. Chwilę później rozległy się wystrzały, średniowieczne wojsko zaczęło prezentację a następnie zarząd Opolskich Genealogów w osobach Zbyszka, Maćka i na końcu Joli chwycił za miecz i podjął się walki z jednym z rycerzy. Na szczęście nikt nie odniósł ran, zabawa jednak była przednia.

Waldek Chorążewicz - Zbyszek Nalichowski

Zbyszek Nalichowski (fot. Waldek Chorążewicz)

Waldek Chorążewicz - Maciej Róg

Maciej Róg (fot. Waldek Chorążewicz)

Waldek Chorążewicz - Jolanta Ilnicka

Jolanta Ilnicka (fot. Waldek Chorążewicz)

Atrakcje na dziedzińcu zakończyły się wspólnym zdjęciem. JEST NAS MOC! A tych których nie ma zapewne pojawią sie w przyszłym roku.

Zdjęcie zbiorowe (fot. Waldek Chorążewicz)

Zdjęcie zbiorowe (fot. Waldek Chorążewicz)

Chcących je zrobić było tylu, że w pewnej chwili chyba połowa z nas próbowała uchwycić uśmiechniętą genealogiczną gawiedź na wieczna pamiątkę. Udało się po wielekroć. Dzięki temu jest co podziwiać.

Fotografujący (fot. Waldek Chorążewicz

Fotografujący (fot. Waldek Chorążewicz

Druga połowa dnia to już praktycznie jedynie domena naszych branżowych kolegów. Rozpoczął Adam Pszczółkowski opowiadając o szlachcie powiatu lidzkiego i choć moje korzenie nie sięgają w te rejony słuchało się bardzo przyjemnie. Waldemar Fronczak opowiadał na przykładzie rodziny Olszewskich herbu Lis w jaki sposób fałszowano genealogie rodzinne w XIX wieku w Galicji. Na następny wykład czekałem z wielkim zainteresowanie. Z podań rodzinnych wiem, że moi praprzodkowie dotarli w okolice Opatowa (woj. świętokrzyskie) wraz z Napoleonem. Żeby móc to zweryfikować wsłuchiwałem się uważnie w opis poszukiwań przodków w wojsku w czasach napoleońskich, prezentowany przez Macieja Markowskiego. Prelegent oparł prelekcje na własnych doświadczeniach co stanowiło dodatkowy smaczek. Z kolei Marcin Marynicz opowiedział nam o tym jak można szukać śladów przodków w kopertach dowodowych i co można w nich znaleźć. Na koniec dołączył do niego Alan Jakman i wspólnie opowiedzieli o „swoim dziecku”, którym jest MORE MAIORUM, najbardziej poczytny periodyk genealogiczny w naszym kraju.

Konferencja (fot. Marcin Marynicz)

Konferencja (fot. Marcin Marynicz)

W ten sposób organizatorzy zakończyli część oficjalną pierwszego dnia konferencji. Około 18stej podzieliliśmy się na trzy grupy. Dla każdej z nich zaplanowane były nie lada atrakcje. Zwiedzanie zamku z jego wieloletnim dyrektorem, Pawłem Kozerskim, zwiedzanie miasta z przewodnikiem aż wreszcie rejs po Odrze, fantastycznie wypełniły późne sobotnie popołudnie. Na szczególną uwagę zasługuje osoba pana Pawła Kozerskiego, który podobnie jak w zeszłym roku umożliwił nam zaglądnięcie niemalże w każdy kąt zamku, okraszając to arcyciekawą opowieścią o mało popularnych Piastach Śląskich. .

Waldek Chorążewicz - Odra

Odra (fot. Waldek Chorążewicz)

Waldek Chorążewicz - Odra2

Rejs (fot. Waldek Chorążewicz)

Ostatnim zaplanowanym punktem sobotniego spotkania była integracja. Joanna Jendrzejewska rozpoczęła ją od opowieści o swoim doświadczeniu po obydwu stronach „barykady” – użytkownika i pracownika archiwum. W trakcie prelekcji mieliśmy również okazję usłyszeć z pierwszej ręki opowieść o odkryciu grobu Kopernika. Tak rozpoczęta integracja trwała w obydwu miejscach kwaterunku do wczesnych godzin rannych.

Niedziela. Poranna świadomość, że dzisiaj musimy już wyjeżdżać nie pomagała zebrać sił. A zapowiadało się arcyciekawie. Na początku zaprezentowały się Towarzystwa Genealogiczne. Jak zwykle nie zabrakło Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego,  Zagłębiowskiego Towarzystwa Genealogicznego, Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego czy Towarzystwa Genealogicznego Ziemi Częstochowskiej. Chwile później pani Aleksandra Starczewska-Wojnar opowiadała o aktach sądowych stanowiących uzupełnienie badań genealogicznych. Od samego rana dało się słyszeć szepty mówiące o kolejnym prelegencie – panu profesorze Stanisławie Nicieja. Wsłuchiwałem się uważnie w te szepty, wstyd się przyznać, nie mając wcześniej styczności z tą znamienitą postacią. Z tym większą ciekawością czekałem na moment rozpoczęcia. I zaczęło się. Profesor od pierwszych słów przeniósł nas do swojego świata – świata historii kresowych. Słuchaliśmy z zapartym tchem, chłonąc każde słowo. Co róż prof. Nicieja ukraszał swoja opowieść jakąś trafioną tematycznie anegdotą. Tematem głównym były historie miejscowości kresowych. Jako ekspert i pasjonata Lwowa a w nim Cmentarza Łyczakowskiego mieliśmy okazję posłuchać również i o nim. Kończących wykład braw bitych na stojąco nie było końca. To wielka przyjemność i zaszczyt spotkać taką osobowość. Po wykładzie nastąpiła chwila przerwy a w niej dziesiątki dedykacji, które pojawiały się w książkach profesora. Niesamowitym było to, że miał chwilę, żeby z każdym zamienić choć kilka zdań, co jakiś czas opowiadając adekwatną tematycznie historię. Chciało się słuchać i słuchać.

Ostatnim przewidzianym blokiem na konferencji był PANEL GENETYCZNY. No i wreszcie już wiem, jak, dlaczego i co z tego można wywnioskować. Wysłuchaliśmy po sobie trzy prelekcje dr Łukasza Lubicz-Łapińskiego, Adama Ćwiklaka i Macieja Oziembłowskiego.

Koniec? Niewątpliwie… Pozostało jeszcze pożegnanie, podziękowania i zasłużone BRAWA DLA ORGANIZATORÓW. Jola Ilnicka, Teresa Kurowska-Kroczak wraz z mężem Czesławem, Zbyszek Nalichowski, Maciek Róg i wszyscy inni Opolscy Genealodzy – DZIĘKUJEMY!!!!

Niezapomniane chwile za nami. A przed nami cytując Zbyszka Nalichowskiego – BRZEG TRZECI 🙂 Ja będę na pewno!!!

spacer

Włostów – tajemnice pałacu Karskich

Jedną z miejscowości pozostających nieustająco w kręgu moich zainteresowań jest Włostów, miejscowość, o której pierwsze wzmianki pisane pojawiły się już w XIVw. Jedną z największych atrakcji turystycznych okolicy w dzisiejszych czasach są ruiny XIX wiecznego pałacu rodu Karskich. Poniżej znajdziecie ciekawy film nakręcony przez lokalnych pasjonatów eksploracji pokazujący nie tylko same ruiny ale również ich podziemia. Warto zobaczyć.

spacer